Urodziłam
się dosyć dawno temu, 5 lutego w bardzo mroźną zimę. Pogoda podobno była tak „dobra”,
że przy wypisie ze szpitala mama miała problem ze złapaniem taksówki, której
kierowca podjąłby się zabrania mnie do mieszkania oddalonego, aż 3 kilometry od
szpitala. Mogłabym tutaj zacząć dokładny opis całego mojego życia, ale prawdę
mówiąc nie jest ono tak fascynujące, aby zaciekawić słuchacza. No może oprócz
kilku wydarzeń z mojego życia, które w pewien sposób mnie ukształtowały i to
nimi zajmę się w swojej autobiografii. Zacznijmy od etapu, który pamiętam tylko
z opowiadań innych, a który wydaje mi się istotny, gdy patrzę na siebie
dzisiaj.
Jako
małe dziecko byłam podobno dosyć niegrzeczna. Jak to określiła moja mama: „przez
2,5 roku płakałaś bez przerwy”. Podobno tylko kilka rzeczy sprawiało, że
przestawałam: oglądanie serialu „Alf”(jedyna chwila, w której można mnie było
nakarmić), sen( chociaż podobno nie spałam zbyt długo) i mój dziadek. Do dziś
ciągle powtarza, że jako jedyny miał do mnie dobre podejście. To on wpadł na
to, że po prostu nie można mi przeszkadzać. I tak pewnego wieczoru, gdy rodzice
zostawili mnie pod opieką dziadków, a babcia zaczynała wpadać w panikę,
dlaczego to dziecko nie śpi, dziadek znalazł na mnie sposób: Naczynia kuchenne.
Nie zrozumiałe? Już tłumaczę: Dziadek po prostu pozwolił mi robić, co chcę, a
ja żwawo poczłapałam do kuchni, gdzie zaczęłam bawić się talerzami, kubkami i
innymi naczyniami, które leżały w dolnej szafce. Zabawa mnie tak pochłonęła, że
po prostu zasnęłam wśród swoich „zabawek”, a dziadek tylko przeniósł mnie do
łóżeczka. Dlaczego przytoczyłam to historię? No cóż obecnie jedną z moich pasji
jest gotowanie i pieczenie. Jak już wpisałam w jednym z poprzednich wpisów moja
kreatywność w tej dziedzinie jest ogromna. Myślę, że to ma jakiś związek z tą
moją zabawą. W końcu podobno im wcześniej zaczynasz tym lepiej coś potrafisz ;)
Kolejna
anegdota, którą uwielbiam: Mając ok. 2 lata zostałam na chwilę sama w pokoju z moim
kilkumiesięcznym bratem. Brat leżał na fotelu, a ja bawiłam się siedząc na
dywanie. Mama wyszła, żeby pozmywać, gdy po chwili usłyszała jak „coś” spada na
podłogę. Tak dobrze się domyślacie: ściągnęłam brata za nogi z fotela. Nie
żebym była złą siostrą czy coś. To chyba była próba poinformowania brata, że ma
się mnie słuchać, bo to ja jestem starsza. Jemu nic się nie stało, a ja miałam
swoją chwilę przewagi. Życie pokazało jednak, że starszy nie oznacza
silniejszy, ale jak w pewnym momencie brat ma 194 cm wzrostu i musisz patrzeć w
górę, żeby z nim porozmawiać, zmienia się perspektywa. Fajnie jest pomyśleć, że
chociaż wtedy miałam nad nim władzę. :)
Kolejny
etap mojego życia to zerówka. Uwielbiałam tam chodzić. Miałam koleżankę, która
zawsze stawała w mojej obronie i nie bała się konfrontacji z chłopakami. Miałam
też dobrego kolegę, który bawił się ze mną nie zważając na inne dzieci. Jednak nie dlatego wspominam tu zerówkę. W tym
okresie po raz pierwszy w życiu doświadczyłam śmierci bliskiej mi osoby. Do
dziś pamiętam dzień, w którym byłam u dziadka w szpitalu i razem z bratem
biegaliśmy po ogrodzie przy jego sali. Bawiliśmy się i wtedy mój brat
stwierdził, że wracamy do dziadka. Weszliśmy i jakie było nasze przerażenie,
gdy nie było tam naszych rodziców. Dziadek spokojnie oznajmił, że poszli nas
szukać do ogrodu. Uspokoiłam się, pożegnałam z dziadkiem i wyszliśmy do
rodziców. Następnego dnia dziadek nie żył. Nie mogłam zrozumieć jak to się
stało, mówiłam mamie, że on żyje, że wczoraj go widziałam w szpitalu. Mama
powiedziała wtedy, że kiedyś to zrozumiem. Zrozumiem, że bliscy czasami chorują
i zdarza się, że nie można ich wyleczyć. „Dziadek jest teraz w niebie”
powiedziała. Teraz jestem już dorosła i mimo, że już rozumiem słowa mamy to i
tak nie sprawia to, że jest mi lepiej. Z perspektywy lat mogę powiedzieć, że
teraz jest nawet gorzej. Jako dziecko śmierć bliskiej osoby przyjmowałam
spokojniej niż teraz. Może ze względu na beztroskość nie miałam poczucia, że to
koniec, że już nigdy nie zobaczę bliskiej mi osoby. Teraz niestety już wiem, co
oznacza śmierć bliskiego i jak trudno się z tym pogodzić.
Z
podstawówki pamiętam dokładnie dwie sytuacje, które mnie w pewien sposób
zmieniły. Pierwszą jest mój pierwszy dzień w szkole, który skończył się w szpitalu.
Byłam przejęta tym dniem, ale jeszcze bardziej bałam się tego, co się stanie
następnego: miałam pójść zupełnie sama do obcej szkoły, do klasy, gdzie nikogo nie znałam. Po
za tym było tam tak dużo dzieci: wszędzie siedziało jakieś obce dziecko. Ze
stresu odwodniłam się do tego stopnia, że wylądowałam w szpitalu. Byłam tam
tylko 3 dni, ale to wpłynęło na moje późniejsze zachowanie. Przed każdym ważnym
i nowym dla mnie doświadczeniem mama zawsze przeprowadza za mną rozmowę, żeby
zredukować mój stres i zapewnić, że dam sobie radę. Oczywiście i tak zawsze się
denerwuje, ale potrafię sobie z tym radzić na tyle, że już ani razu nie
skończyło się to w szpitalu.
Drugim
ważnym wydarzeniem z podstawówki była nauka samodzielności. Mama zmieniła
miejsce pracy i nie była w stanie zawozić nas do szkoły i przedszkola, a tata
pracował w Warszawie i był w domu tylko w weekendy. Na szczęście mama pracowała
w stałych godzinach, więc łatwo było znaleźć jakieś rozwiązanie. Codziennie
rano jechaliśmy we trójkę miejskim autobusem. W pewnym momencie mama
przesiadała się do innego autobusu, a ja i brat jechaliśmy przystanek dalej do
jego przedszkola. Wysiadaliśmy i odprowadzałam go do środka, po czym spacerkiem
szłam do swojej szkoły oddalonej jakieś 10-15 minut drogi od przedszkola brata.
Po południu odbierała nas już mama lub ciocia. Ta sytuacja nauczyła mnie
samodzielności i odpowiedzialności. Miałam 7 lat, ale czułam się jak mała
dorosła. Co prawda tylko od poniedziałku do piątku przez 30 minut każdego
ranka, ale to zawsze coś. Myślę, że dzięki temu uczyłam się też walki ze swoją
nieśmiałością. Czasem łapię się nawet na tym, iż bojąc się podjąć jakieś
działanie mówię do siebie: „Anka miałaś 7 lat i potrafiłaś być samodzielna i
odpowiedzialna. Teraz też dasz radę!”
Po
liceum przyszedł czas wyboru. Złożyłam papiery na 5 kierunków, dostałam się na
dwa: Socjologię i Stosunki Międzynarodowe. Wybrałam socjologię i nie żałuję.
Może na początku nie byłam przekonana do tego wyboru. Za dużo czytania, za mało
konkretów. Teraz będąc na 5 roku wiem, że to była dobra decyzja. Socjologia
zainspirowała mnie w wielu kwestiach. Poznałam tutaj niesamowite osoby. Z
kilkoma się zaprzyjaźniłam. Znalazłam się na tym kierunku przez przypadek, a
okazało się, że to jest to, co chcę robić w życiu.
To moja
historia, może nie cała i mało fascynująca, ale to wszystko sprawiło, że jestem
taka, jaka jestem. Jeszcze wiele rzeczy przede mną: wiele sukcesów i
rozczarowań, ale na dzień dzisiejszy moje życie nie wygląda źle. Gdy popatrzę
na siebie jako 7-latkę, która dopiero uczyła się samodzielności i odpowiedzialności
oraz na siebie teraz, myślę, że poszłam w dobrą stronę. Jestem dorosła,
samodzielna, odpowiedzialna, coraz bardziej pewna siebie pomimo wrodzonej
nieśmiałości i mimo, że czasem mam gorszy dzień i najchętniej wróciłabym do
rodzinnego domu, gdzie zamknęłabym się w swoim pokoju to wiem, że dam sobie
radę. A to chyba najważniejsze :)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz