środa, 19 listopada 2014

Skąd się tutaj wzięłam, czyli próba autobiografii

Urodziłam się dosyć dawno temu, 5 lutego w bardzo mroźną zimę. Pogoda podobno była tak „dobra”, że przy wypisie ze szpitala mama miała problem ze złapaniem taksówki, której kierowca podjąłby się zabrania mnie do mieszkania oddalonego, aż 3 kilometry od szpitala. Mogłabym tutaj zacząć dokładny opis całego mojego życia, ale prawdę mówiąc nie jest ono tak fascynujące, aby zaciekawić słuchacza. No może oprócz kilku wydarzeń z mojego życia, które w pewien sposób mnie ukształtowały i to nimi zajmę się w swojej autobiografii. Zacznijmy od etapu, który pamiętam tylko z opowiadań innych, a który wydaje mi się istotny, gdy patrzę na siebie dzisiaj.

Jako małe dziecko byłam podobno dosyć niegrzeczna. Jak to określiła moja mama: „przez 2,5 roku płakałaś bez przerwy”. Podobno tylko kilka rzeczy sprawiało, że przestawałam: oglądanie serialu „Alf”(jedyna chwila, w której można mnie było nakarmić), sen( chociaż podobno nie spałam zbyt długo) i mój dziadek. Do dziś ciągle powtarza, że jako jedyny miał do mnie dobre podejście. To on wpadł na to, że po prostu nie można mi przeszkadzać. I tak pewnego wieczoru, gdy rodzice zostawili mnie pod opieką dziadków, a babcia zaczynała wpadać w panikę, dlaczego to dziecko nie śpi, dziadek znalazł na mnie sposób: Naczynia kuchenne. Nie zrozumiałe? Już tłumaczę: Dziadek po prostu pozwolił mi robić, co chcę, a ja żwawo poczłapałam do kuchni, gdzie zaczęłam bawić się talerzami, kubkami i innymi naczyniami, które leżały w dolnej szafce. Zabawa mnie tak pochłonęła, że po prostu zasnęłam wśród swoich „zabawek”, a dziadek tylko przeniósł mnie do łóżeczka. Dlaczego przytoczyłam to historię? No cóż obecnie jedną z moich pasji jest gotowanie i pieczenie. Jak już wpisałam w jednym z poprzednich wpisów moja kreatywność w tej dziedzinie jest ogromna. Myślę, że to ma jakiś związek z tą moją zabawą. W końcu podobno im wcześniej zaczynasz tym lepiej coś potrafisz ;)
Kolejna anegdota, którą uwielbiam: Mając ok. 2 lata zostałam na chwilę sama w pokoju z moim kilkumiesięcznym bratem. Brat leżał na fotelu, a ja bawiłam się siedząc na dywanie. Mama wyszła, żeby pozmywać, gdy po chwili usłyszała jak „coś” spada na podłogę. Tak dobrze się domyślacie: ściągnęłam brata za nogi z fotela. Nie żebym była złą siostrą czy coś. To chyba była próba poinformowania brata, że ma się mnie słuchać, bo to ja jestem starsza. Jemu nic się nie stało, a ja miałam swoją chwilę przewagi. Życie pokazało jednak, że starszy nie oznacza silniejszy, ale jak w pewnym momencie brat ma 194 cm wzrostu i musisz patrzeć w górę, żeby z nim porozmawiać, zmienia się perspektywa. Fajnie jest pomyśleć, że chociaż wtedy miałam nad nim władzę. :)

Oczywiście anegdot jest jeszcze wiele, ale myślę, że te dwie oddają to, kim jestem teraz. Przejdźmy teraz do tego, co pamiętam i co wpłynęło na moje postawy życiowe. Pierwszą taką rzeczą było czytanie. Jak byłam mała to mama zawsze czytała mi jakieś książki, podobno nawet doszło do tego, że któregoś wieczoru zaczęła mi czytać „Potop”, ale nie pamiętam czy tak było naprawdę. Pamiętam jednak radość, gdy po raz pierwszy sama coś przeczytałam. Były to jakieś jednosylabowe słowa w książeczce dla dzieci, ale byłam wniebowzięta. W krótkim czasie nauczyłam się czytać dosyć biegle. Do takiego stopnia, że, jak mówi moja babcia, mając 6 lat czytałam jej gazety. Nie ważne było dla mnie co czytam, a raczej to, że w ogóle czytam. Zafascynowana tą nową umiejętnością czytałam całymi wieczorami, a gdy mama kazała gasić światło to wchodziłam pod kołdrę i z latarką w ręku nadal kontynuowałam lekturę. Myślę, że to m.in. przez to jestem dziś zmuszona do noszenia okularów, ale nie zrezygnowałam przez to z czytania. To moja pasja, którą zaraziłam się będąc dzieckiem i dzięki temu myślę, że się kształtowałam.

Kolejny etap mojego życia to zerówka. Uwielbiałam tam chodzić. Miałam koleżankę, która zawsze stawała w mojej obronie i nie bała się konfrontacji z chłopakami. Miałam też dobrego kolegę, który bawił się ze mną nie zważając na inne dzieci. Jednak nie dlatego wspominam tu zerówkę. W tym okresie po raz pierwszy w życiu doświadczyłam śmierci bliskiej mi osoby. Do dziś pamiętam dzień, w którym byłam u dziadka w szpitalu i razem z bratem biegaliśmy po ogrodzie przy jego sali. Bawiliśmy się i wtedy mój brat stwierdził, że wracamy do dziadka. Weszliśmy i jakie było nasze przerażenie, gdy nie było tam naszych rodziców. Dziadek spokojnie oznajmił, że poszli nas szukać do ogrodu. Uspokoiłam się, pożegnałam z dziadkiem i wyszliśmy do rodziców. Następnego dnia dziadek nie żył. Nie mogłam zrozumieć jak to się stało, mówiłam mamie, że on żyje, że wczoraj go widziałam w szpitalu. Mama powiedziała wtedy, że kiedyś to zrozumiem. Zrozumiem, że bliscy czasami chorują i zdarza się, że nie można ich wyleczyć. „Dziadek jest teraz w niebie” powiedziała. Teraz jestem już dorosła i mimo, że już rozumiem słowa mamy to i tak nie sprawia to, że jest mi lepiej. Z perspektywy lat mogę powiedzieć, że teraz jest nawet gorzej. Jako dziecko śmierć bliskiej osoby przyjmowałam spokojniej niż teraz. Może ze względu na beztroskość nie miałam poczucia, że to koniec, że już nigdy nie zobaczę bliskiej mi osoby. Teraz niestety już wiem, co oznacza śmierć bliskiego i jak trudno się z tym pogodzić.

Z podstawówki pamiętam dokładnie dwie sytuacje, które mnie w pewien sposób zmieniły. Pierwszą jest mój pierwszy dzień w szkole, który skończył się w szpitalu. Byłam przejęta tym dniem, ale jeszcze bardziej bałam się tego, co się stanie następnego: miałam pójść zupełnie sama do obcej szkoły, do klasy, gdzie nikogo nie znałam. Po za tym było tam tak dużo dzieci: wszędzie siedziało jakieś obce dziecko. Ze stresu odwodniłam się do tego stopnia, że wylądowałam w szpitalu. Byłam tam tylko 3 dni, ale to wpłynęło na moje późniejsze zachowanie. Przed każdym ważnym i nowym dla mnie doświadczeniem mama zawsze przeprowadza za mną rozmowę, żeby zredukować mój stres i zapewnić, że dam sobie radę. Oczywiście i tak zawsze się denerwuje, ale potrafię sobie z tym radzić na tyle, że już ani razu nie skończyło się to w szpitalu.
Drugim ważnym wydarzeniem z podstawówki była nauka samodzielności. Mama zmieniła miejsce pracy i nie była w stanie zawozić nas do szkoły i przedszkola, a tata pracował w Warszawie i był w domu tylko w weekendy. Na szczęście mama pracowała w stałych godzinach, więc łatwo było znaleźć jakieś rozwiązanie. Codziennie rano jechaliśmy we trójkę miejskim autobusem. W pewnym momencie mama przesiadała się do innego autobusu, a ja i brat jechaliśmy przystanek dalej do jego przedszkola. Wysiadaliśmy i odprowadzałam go do środka, po czym spacerkiem szłam do swojej szkoły oddalonej jakieś 10-15 minut drogi od przedszkola brata. Po południu odbierała nas już mama lub ciocia. Ta sytuacja nauczyła mnie samodzielności i odpowiedzialności. Miałam 7 lat, ale czułam się jak mała dorosła. Co prawda tylko od poniedziałku do piątku przez 30 minut każdego ranka, ale to zawsze coś. Myślę, że dzięki temu uczyłam się też walki ze swoją nieśmiałością. Czasem łapię się nawet na tym, iż bojąc się podjąć jakieś działanie mówię do siebie: „Anka miałaś 7 lat i potrafiłaś być samodzielna i odpowiedzialna. Teraz też dasz radę!”

Potem było gimnazjum i liceum. Zaczęły się pierwsze przyjaźnie, miłości, pierwsze rozczarowania. Nie wszystkie decyzje okazały się trafione. Całe gimnazjum byłam zakochana po uszy, niestety okazało się, że nie była to odpowiednia osoba. W liceum „leczyłam” się z tego uczucia. Poza tym liceum było najlepszym etapem mojego życia. Miałam świetną klasę, z którą można było zarówno się uczyć, poznawać świat, jak i bawić się do białego rana. Te wszystkie osiemnastki, połowinki, studniówka i inne imprezy licealne na zawsze zapadną mi w pamięci. Cała moja klasa była świetna, wszystkich lubiłam, nawet, gdy pojawiały się konflikty potrafiliśmy je szybko rozwiązać. W liceum poznałam swoje dwie najlepsze przyjaciółki, z którymi utrzymuje kontakt do dzisiaj i mam nadzieję, że tak zostanie. Jakbym miała możliwość powrotu do tych czasów to nie wahałabym się ani minuty. Miałam wspaniałych znajomych, cudowną klasę, mnóstwo okazji do uśmiechu i byłam w pewnym sensie „wolna”. Wolna od pewnych życiowych decyzji. Musiałam się martwić tylko o oceny szkolne. Nawet decyzja o wyborze studiów nie wydawała mi się tak poważna. Liceum to zdecydowanie okres, w którym jeszcze jesteś nastolatką, która dopiero wchodzi w okres dorosłości i jeszcze jej to nie przeraża. Na razie czuje, że jest przed nią coś innego, może lepszego, fajniejszego, jest zafascynowana tym, co przyniesie następny dzień. A potem przychodzi matura, studia i dowiaduje się, że dorosłość nie zawsze jest fajniejsza i nie jest tak jak sobie wyobrażała.
Po liceum przyszedł czas wyboru. Złożyłam papiery na 5 kierunków, dostałam się na dwa: Socjologię i Stosunki Międzynarodowe. Wybrałam socjologię i nie żałuję. Może na początku nie byłam przekonana do tego wyboru. Za dużo czytania, za mało konkretów. Teraz będąc na 5 roku wiem, że to była dobra decyzja. Socjologia zainspirowała mnie w wielu kwestiach. Poznałam tutaj niesamowite osoby. Z kilkoma się zaprzyjaźniłam. Znalazłam się na tym kierunku przez przypadek, a okazało się, że to jest to, co chcę robić w życiu.

To moja historia, może nie cała i mało fascynująca, ale to wszystko sprawiło, że jestem taka, jaka jestem. Jeszcze wiele rzeczy przede mną: wiele sukcesów i rozczarowań, ale na dzień dzisiejszy moje życie nie wygląda źle. Gdy popatrzę na siebie jako 7-latkę, która dopiero uczyła się samodzielności i odpowiedzialności oraz na siebie teraz, myślę, że poszłam w dobrą stronę. Jestem dorosła, samodzielna, odpowiedzialna, coraz bardziej pewna siebie pomimo wrodzonej nieśmiałości i mimo, że czasem mam gorszy dzień i najchętniej wróciłabym do rodzinnego domu, gdzie zamknęłabym się w swoim pokoju to wiem, że dam sobie radę. A to chyba najważniejsze :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz