Wyzdrowiałam! Nie wiem, co na mnie podziałało: te tony tabletek czy hektolitry herbaty. Ważne, że dziś jest dobrze. Pomimo, iż zajęcia od 8.00 wstałam rano z uśmiechem na twarzy. Szybkie śniadanie i na uczelnię. Tam tylko jedne zajęcia, a potem znowu wolne. Powrót do domu no i się zaczęło. Miałam wenę. Zajrzałam do pracy magisterskiej, zaczęłam pisać projekt, który ciągle odkładałam na później. Znalazłam chwilę na poczytanie książki, obejrzałam odcinek serialu. Cały dzień wykorzystałam twórczo. Teraz wpadłam w przedświąteczny klimat. Pierwszy raz w tym roku. Siedzę i słucham świąteczne piosenki zajadając się mandarynkami. W końcu święta już tuż tuż :)
środa, 26 listopada 2014
wtorek, 25 listopada 2014
Wtorek
Jestem oficjalnie przeziębiona. To już nie przeczucie, że może będę chora. Po prostu przyszła moja kolej. Gorączka, bóle głowy, ciągłe zmęczenie i tak cały dzień. Jedyne co dziś robię to łykam tabletki i śpię. Mam nadzieję, że do jutra mi przejdzie i będę mogła wrócić do swoich obowiązków. A na razie dobranoc, nie mam siły na nic więcej...
poniedziałek, 24 listopada 2014
PoNIEdziałek...
Wszyscy nienawidzą poniedziałków. Ja sama, gdy słyszę co tydzień ten slogan to, aż się cała gotuję od środka. Bo to tak jakby skreślić kogoś, ponieważ raz zawiódł. Osobiście nie twierdzę, że nienawidzę poniedziałków. Nienawidzę tego jednego konkretnego - dzisiaj. Zaczęło się od głośnego szczekania psa tuż pod moim oknem. Nie ma to jak zacząć dzień taką pobudką i do tego o nieludzkiej porze. Potem oczywiście autobus postanowił się spóźnić, żebym mogła pomarznąć czekając aż się pojawi. Na uczelni niby wszystko było okej, ale humor miałam już dostatecznie popsuty. Chciałam tylko dotrwać do końca i wrócić do domu. Oczywiście po zajęciach znowu musiałam czekać na autobus, który miał 15 minut spóźnienia. Zła i zmarznięta trafiłam w końcu do mieszkania. I tutaj następuje kulminacja dzisiejszego "pięknego dnia": przeziębiłam się. Wszystko mnie boli, jest mi zimno i mam ochotę zagrzebać się w kocyk i już nigdy stąd nie wychodzić. "Cudowny" dzień. Właśnie dlatego go nienawidzę :/.
Nie ma to jak rodzina, czyli jak nakarmić studenta
Zawsze fascynują mnie w Internecie rożnego rodzaju memy dotyczące jedzenia studenckiego. W skrócie wszystkie one mówią o tym, że student przeważnie głoduje, jego lodówka jest pusta, a najada się tylko podczas obiadków u mamy. Typowe studenckie jedzenie według memów: kanapka z chlebem, zupa z torebki lub makaron z serem. Może nie jestem typowym studentem, ale moje menu oraz zawartość lodówki jest dużo bogatsze. Jedyne, z czym mogę się zgodzić to pogląd na rodzinne obiadki, podczas których mama, babcie, ciocie próbują wepchnąć w Ciebie jak najwięcej jedzenia na zapas. Dlaczego o tym tutaj wspominam? Pewnie dlatego, że moja niedziela związana była głównie z jedzeniem. Zaczęło się od skromnego śniadania, które jak zawsze zjadłam zaraz po przebudzeniu. Niecałe 2h później niespodziewanie odwiedzili mnie rodzice: jak zawsze z pełnymi torbami jedzenia, żeby uzupełnić moje zapasy i z zaproszeniem na wspólne zakupy. Po zakupach oczywiście czas na obiad, ale nie zwykły, codzienny, lekki obiad, a raczej Obiad przez duże "O", po którym trudno jest się podnieść z krzesła. Oczywiście, żeby nie zawieść mamy musiałam zjeść wszystko, łącznie z deserem. Po obiedzie pożegnałam się z rodzicami i resztę dnia miałam zamiar spędzić na odpoczynku. Kolejnym posiłkiem miało być dopiero śniadanie i jak to często bywa w przypadku moich planów znowu się nie powiodło. Zadzwoniła moja siostra cioteczna z zaproszeniem na ploteczki i ciasto. Jako, że już długo się nie widziałyśmy nie potrafiłam odmówić. Po wejściu do jej mieszkania od razu usłyszałam od cioci: " Aniu jak ty schudłaś! Chyba tak jak wszyscy studenci nic nie jesz. Zaraz odgrzeje Ci obiad!" Pomimo moich zapewnień, że nie jestem głodna i że rodzice już mnie nakarmili ciocia podała mi obiad. Oczywiście zjadłam odrobinę, żeby nie sprawić jej przykrości. Potem wcisnęła mi pokaźny kawałek ciasta. Na tym się nie skończyło. Gdy z powodu dosyć późnej godziny postanowiłam już zbierać się do domu, ciocia za wszelką cenę chciała, abym zjadła z nimi kolację, a gdy powiedziałam, że naprawdę nie dam rady już nic w siebie wmusić to dostałam pokaźny słoik sałatki na wynos. W końcu może zgłodnieję w domu. W sumie nie powinnam być nawet zaskoczona. Każda moja wizyta u rodziny kończy się w ten sam sposób: kolejne kilka dni muszę dochodzić do siebie po zbyt obfitych posiłkach. Tak więc niedzielę mogę podsumować krótko poniższym memem:
sobota, 22 listopada 2014
S jak....Sen
Sobota. Pierwszy dzień weekendu. Jak go spędziłam? No cóż nie było żadnych imprez(wiem, co ze mnie za student?!?!), szalonych przygód czy tym podobnych rzeczy. Dzisiaj przede wszystkim spałam... Tak, przespałam większość soboty. Czy czuje się z tym źle? Wręcz przeciwnie. Odrobiłam nie przespane noce z poprzedniego tygodnia i chyba nawet trochę z przyszłego. W końcu od czasu do czasu każdy potrzebuje takiego leniwego dnia, aby naładować akumulatory. A jutro? Jutro jest niedziela. Ale to już temat na inny wpis..
Piątek, piątunio, piąteczek.
Tytuł wpisu to mój ulubiony cytat, który co piątek słyszę w porannej audycji jednej ze stacji radiowych. Dla większości ludzi jest to dzień, na który się czeka przez cały tydzień. A na pewno dla studentów. Co prawda studencki weekend zaczyna się w studencki czwartek, ale piątek to ostatni dzień na uczelni i początek prawdziwego weekendu. Dla mnie piątek nie zawsze oznacza koniec zajęć. Ze względu na drugi kierunek studiów czasami to dopiero początek wytężonej pracy (zajęcia od 8 do 20). Jednak ten piątek to początek wolnego. Wystarczyło tylko przebrnąć przez zajęcia na uczelni, a potem zabłysnąć podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Tak, "tylko" tyle. No, ale udało się. Zajęcia były interesujące, a rozmowa wypadła nie najgorzej. Dobry koniec tygodnia nauki. Teraz weekend- czas odpoczynku, relaksu. Wreszcie mam szansę się wyspać. A co przyniesie sobota? To się jeszcze okaże :)
środa, 19 listopada 2014
Skąd się tutaj wzięłam, czyli próba autobiografii
Urodziłam
się dosyć dawno temu, 5 lutego w bardzo mroźną zimę. Pogoda podobno była tak „dobra”,
że przy wypisie ze szpitala mama miała problem ze złapaniem taksówki, której
kierowca podjąłby się zabrania mnie do mieszkania oddalonego, aż 3 kilometry od
szpitala. Mogłabym tutaj zacząć dokładny opis całego mojego życia, ale prawdę
mówiąc nie jest ono tak fascynujące, aby zaciekawić słuchacza. No może oprócz
kilku wydarzeń z mojego życia, które w pewien sposób mnie ukształtowały i to
nimi zajmę się w swojej autobiografii. Zacznijmy od etapu, który pamiętam tylko
z opowiadań innych, a który wydaje mi się istotny, gdy patrzę na siebie
dzisiaj.
Jako
małe dziecko byłam podobno dosyć niegrzeczna. Jak to określiła moja mama: „przez
2,5 roku płakałaś bez przerwy”. Podobno tylko kilka rzeczy sprawiało, że
przestawałam: oglądanie serialu „Alf”(jedyna chwila, w której można mnie było
nakarmić), sen( chociaż podobno nie spałam zbyt długo) i mój dziadek. Do dziś
ciągle powtarza, że jako jedyny miał do mnie dobre podejście. To on wpadł na
to, że po prostu nie można mi przeszkadzać. I tak pewnego wieczoru, gdy rodzice
zostawili mnie pod opieką dziadków, a babcia zaczynała wpadać w panikę,
dlaczego to dziecko nie śpi, dziadek znalazł na mnie sposób: Naczynia kuchenne.
Nie zrozumiałe? Już tłumaczę: Dziadek po prostu pozwolił mi robić, co chcę, a
ja żwawo poczłapałam do kuchni, gdzie zaczęłam bawić się talerzami, kubkami i
innymi naczyniami, które leżały w dolnej szafce. Zabawa mnie tak pochłonęła, że
po prostu zasnęłam wśród swoich „zabawek”, a dziadek tylko przeniósł mnie do
łóżeczka. Dlaczego przytoczyłam to historię? No cóż obecnie jedną z moich pasji
jest gotowanie i pieczenie. Jak już wpisałam w jednym z poprzednich wpisów moja
kreatywność w tej dziedzinie jest ogromna. Myślę, że to ma jakiś związek z tą
moją zabawą. W końcu podobno im wcześniej zaczynasz tym lepiej coś potrafisz ;)
Kolejna
anegdota, którą uwielbiam: Mając ok. 2 lata zostałam na chwilę sama w pokoju z moim
kilkumiesięcznym bratem. Brat leżał na fotelu, a ja bawiłam się siedząc na
dywanie. Mama wyszła, żeby pozmywać, gdy po chwili usłyszała jak „coś” spada na
podłogę. Tak dobrze się domyślacie: ściągnęłam brata za nogi z fotela. Nie
żebym była złą siostrą czy coś. To chyba była próba poinformowania brata, że ma
się mnie słuchać, bo to ja jestem starsza. Jemu nic się nie stało, a ja miałam
swoją chwilę przewagi. Życie pokazało jednak, że starszy nie oznacza
silniejszy, ale jak w pewnym momencie brat ma 194 cm wzrostu i musisz patrzeć w
górę, żeby z nim porozmawiać, zmienia się perspektywa. Fajnie jest pomyśleć, że
chociaż wtedy miałam nad nim władzę. :)
Kolejny
etap mojego życia to zerówka. Uwielbiałam tam chodzić. Miałam koleżankę, która
zawsze stawała w mojej obronie i nie bała się konfrontacji z chłopakami. Miałam
też dobrego kolegę, który bawił się ze mną nie zważając na inne dzieci. Jednak nie dlatego wspominam tu zerówkę. W tym
okresie po raz pierwszy w życiu doświadczyłam śmierci bliskiej mi osoby. Do
dziś pamiętam dzień, w którym byłam u dziadka w szpitalu i razem z bratem
biegaliśmy po ogrodzie przy jego sali. Bawiliśmy się i wtedy mój brat
stwierdził, że wracamy do dziadka. Weszliśmy i jakie było nasze przerażenie,
gdy nie było tam naszych rodziców. Dziadek spokojnie oznajmił, że poszli nas
szukać do ogrodu. Uspokoiłam się, pożegnałam z dziadkiem i wyszliśmy do
rodziców. Następnego dnia dziadek nie żył. Nie mogłam zrozumieć jak to się
stało, mówiłam mamie, że on żyje, że wczoraj go widziałam w szpitalu. Mama
powiedziała wtedy, że kiedyś to zrozumiem. Zrozumiem, że bliscy czasami chorują
i zdarza się, że nie można ich wyleczyć. „Dziadek jest teraz w niebie”
powiedziała. Teraz jestem już dorosła i mimo, że już rozumiem słowa mamy to i
tak nie sprawia to, że jest mi lepiej. Z perspektywy lat mogę powiedzieć, że
teraz jest nawet gorzej. Jako dziecko śmierć bliskiej osoby przyjmowałam
spokojniej niż teraz. Może ze względu na beztroskość nie miałam poczucia, że to
koniec, że już nigdy nie zobaczę bliskiej mi osoby. Teraz niestety już wiem, co
oznacza śmierć bliskiego i jak trudno się z tym pogodzić.
Z
podstawówki pamiętam dokładnie dwie sytuacje, które mnie w pewien sposób
zmieniły. Pierwszą jest mój pierwszy dzień w szkole, który skończył się w szpitalu.
Byłam przejęta tym dniem, ale jeszcze bardziej bałam się tego, co się stanie
następnego: miałam pójść zupełnie sama do obcej szkoły, do klasy, gdzie nikogo nie znałam. Po
za tym było tam tak dużo dzieci: wszędzie siedziało jakieś obce dziecko. Ze
stresu odwodniłam się do tego stopnia, że wylądowałam w szpitalu. Byłam tam
tylko 3 dni, ale to wpłynęło na moje późniejsze zachowanie. Przed każdym ważnym
i nowym dla mnie doświadczeniem mama zawsze przeprowadza za mną rozmowę, żeby
zredukować mój stres i zapewnić, że dam sobie radę. Oczywiście i tak zawsze się
denerwuje, ale potrafię sobie z tym radzić na tyle, że już ani razu nie
skończyło się to w szpitalu.
Drugim
ważnym wydarzeniem z podstawówki była nauka samodzielności. Mama zmieniła
miejsce pracy i nie była w stanie zawozić nas do szkoły i przedszkola, a tata
pracował w Warszawie i był w domu tylko w weekendy. Na szczęście mama pracowała
w stałych godzinach, więc łatwo było znaleźć jakieś rozwiązanie. Codziennie
rano jechaliśmy we trójkę miejskim autobusem. W pewnym momencie mama
przesiadała się do innego autobusu, a ja i brat jechaliśmy przystanek dalej do
jego przedszkola. Wysiadaliśmy i odprowadzałam go do środka, po czym spacerkiem
szłam do swojej szkoły oddalonej jakieś 10-15 minut drogi od przedszkola brata.
Po południu odbierała nas już mama lub ciocia. Ta sytuacja nauczyła mnie
samodzielności i odpowiedzialności. Miałam 7 lat, ale czułam się jak mała
dorosła. Co prawda tylko od poniedziałku do piątku przez 30 minut każdego
ranka, ale to zawsze coś. Myślę, że dzięki temu uczyłam się też walki ze swoją
nieśmiałością. Czasem łapię się nawet na tym, iż bojąc się podjąć jakieś
działanie mówię do siebie: „Anka miałaś 7 lat i potrafiłaś być samodzielna i
odpowiedzialna. Teraz też dasz radę!”
Po
liceum przyszedł czas wyboru. Złożyłam papiery na 5 kierunków, dostałam się na
dwa: Socjologię i Stosunki Międzynarodowe. Wybrałam socjologię i nie żałuję.
Może na początku nie byłam przekonana do tego wyboru. Za dużo czytania, za mało
konkretów. Teraz będąc na 5 roku wiem, że to była dobra decyzja. Socjologia
zainspirowała mnie w wielu kwestiach. Poznałam tutaj niesamowite osoby. Z
kilkoma się zaprzyjaźniłam. Znalazłam się na tym kierunku przez przypadek, a
okazało się, że to jest to, co chcę robić w życiu.
To moja
historia, może nie cała i mało fascynująca, ale to wszystko sprawiło, że jestem
taka, jaka jestem. Jeszcze wiele rzeczy przede mną: wiele sukcesów i
rozczarowań, ale na dzień dzisiejszy moje życie nie wygląda źle. Gdy popatrzę
na siebie jako 7-latkę, która dopiero uczyła się samodzielności i odpowiedzialności
oraz na siebie teraz, myślę, że poszłam w dobrą stronę. Jestem dorosła,
samodzielna, odpowiedzialna, coraz bardziej pewna siebie pomimo wrodzonej
nieśmiałości i mimo, że czasem mam gorszy dzień i najchętniej wróciłabym do
rodzinnego domu, gdzie zamknęłabym się w swoim pokoju to wiem, że dam sobie
radę. A to chyba najważniejsze :)
czwartek, 13 listopada 2014
Mimika, gesty i geściki
Każdy człowiek wykonuje pewne
gesty. U niektórych ludzi stają się one nieodłącznym atrybutem ich osoby. Jeżeli
chodzi o mnie to mam pewne nawyki, które towarzyszą mi każdego dnia. Po
pierwsze bardzo często poprawiam okulary. Robię to zawsze w ten sam sposób:
palcem wskazującym prawej ręki popycham środek okularów w kierunku twarzy. Nie
jest to konieczne, gdyż okulary raczej nie spadną mi z nosa bez tej czynności,
ale jest to gest, który mi towarzyszy. Poza tym, gdy czytam bądź nad czymś się długo
zastanawiam to mam w zwyczaju bawić się w tym czasie łańcuszkiem lub pierścionkiem.
Po prostu albo kręcę pierścionkiem wokół palca, albo bawię się krzyżykiem
zawieszonym na moim łańcuszku. Według jednej z moich koleżanek mam też w
zwyczaju unosić jedną brew do góry, gdy jestem czymś mocno zaskoczona albo coś
mi się nie podoba. Osobiście tego u siebie nie zauważyłam, ale jak wiadomo
trudno obserwować swoją twarz przez cały czas. Według mnie moim „znakiem
rozpoznawczym” jest to, że w momencie zdenerwowania robię się od razu czerwona
jak burak. Jest to rzecz, którą próbuje w sobie zmienić. Codziennie powtarzam
sobie w duchu, że „nie mam czym się denerwować, wszystko uda się tak jak to
sobie zaplanowałam”. Jednak mimo to nie udaje mi się panować nad moimi
reakcjami i wciąż czerwienię się, gdy muszę publicznie coś powiedzieć (nawet, jeśli jest to tylko kilka słów).
Jeśli nie szata zdobi człowieka to….
Zastanawiając się nad tym, w jaki
sposób codziennie ozdabiam swoje ciało do głowy, jako pierwsze przyszły mi dwie
rzeczy. Po pierwsze ubiór, bo to coś oczywistego w tej kwestii. Co prawda nie
jestem mistrzem w dobieraniu ubrań i zakładam zwykle to, co mi się podoba ( a
niekoniecznie jest to modne), ale myślę, że nie odstaję w tej kwestii od innych
znanych mi osób. Po drugie ozdobą na pewno jest wszelkiego rodzaju biżuteria. W
tej kwestii jestem „oszczędna”. Na co dzień noszę zwykle 2 pierścionki: jeden,
który dostałam od mamy i drugi, który kupiłam kiedyś będąc na pielgrzymce oraz
złoty łańcuszek z krzyżykiem. Biżuterię tą noszę raczej ze względów
sentymentalnych czy też religijnych, ale niewątpliwie są one także ozdobą
ciała. Jednak zastanawiając się nad tym dłużej to nie jedyne atrybuty, którymi
ozdabiam swoje ciało. Nie mam tutaj na myśli makijażu, bo w tej kwestii jestem
kompletnym laikiem (do tego stopnia, że po prostu się nie maluję). Myślę, że
największą „ozdobą”, którą noszę na co dzień jest uśmiech. Staram się być cały
czas uśmiechnięta nawet, gdy nie czuję się najlepiej. Przecież nie ma sensu, żeby
każdy wiedział, że mam gorszy dzień. Smucić mogę się w domu, a na zewnątrz
staram się zawsze być pozytywnie nastawioną. Tak, więc jak już wspomniałam w
tytule, nie tylko szata zdobi człowieka.
środa, 12 listopada 2014
Kreatywność w kuchni
Mam małą obsesję na punkcie
pieczenia. Polega ona mniej więcej na tym, że niezmiernie rzadko zdarza się mi
piec dwa razy to samo ciasto. Nawet jeśli drugi raz używam danego przepisu to
modyfikuje go tak, by było w nim odrobinę nowości. Tym razem oczywiście było
tak samo. Całą niedzielę siedziałam przed komputerem szukając inspiracji.
Przejrzałam wiele przepisów, ale nic mnie nie zachwyciło, a gdy coś mi się
spodobało to albo było zbyt skomplikowane w tworzeniu, albo było przepisem,
który wypróbowałam już w przeszłości. W
końcu postawiłam na klasykę, czyli ciasto czekoladowe z Coca-Colą. Zadowolona
ruszyłam do kuchni, aby rozpocząć pieczenie, a tam mój brat wypijał ostatnią
szklankę napoju. Po krótkiej sprzeczce, która oczywiście zakończyła się tym, że
mój brat wyszedł i zamknął się w pokoju postanowiłam i tak zrobić te ciasto. W
końcu przez prawie 3 h szukałam na niego przepisu. Z braku soku zastąpiłam go zwykła
wodą gazowaną. Oczywiście łatwiej by było pójść do sklepu i kupić Colę, ale jak
wiadomo sklep jest zawsze za daleko. Po upieczeniu ciasto na szczęście okazało
się bardzo smaczne i myślę, że kolejnym razem wypróbuje je, ale już w innej
formie. Może tym razem dodam jednak Coca-Colę? Kto wie, co zdziała moja
kreatywność ;)
Seriale najlepsze na wszystko
W moim przypadku ta zasada jest jak najbardziej trafna. Po książkach to moje
drugie hobby. W mojej opinii większość seriali jest zajmujących. Wyznaję
zasadę: jak ktoś poleci mi serial, bądź sama go gdzieś wynajdę to oglądam 2- 3
pierwsze odcinki. Jak mi się nie spodobają to raczej do niego nie wracam (np.
Czysta Krew), jak się spodobają to już koniec. Oglądam każdy odcinek z zapartym
tchem. Niestety w większości wypadków seriale mi się podobają, więc obecnie
oglądam ich ponad 10, a w zapasie mam jeszcze kilka, które czekają na mój „test
pierwszych odcinków”. Wśród seriali, które oglądam są zarówno nowe produkcje,
jak i stare seriale, do których lubię wracać. „Przyjaciele” czy też „Ostry
Dyżur” to klasyki, do których sięgam czekając na nowe odcinki nowszych seriali.
Niektóre seriale wciągają mnie do tego stopnia, że przeżywam wszystko wraz z
bohaterami. Z nimi się śmieję i płaczę. Np. ostatnio płakałam ponad pół godziny
po tym jak w serialu uśmiercili jednego z moich ulubionych bohaterów. Z
perspektywy czasu jak o tym myślę, wydaje mi się to nieracjonalne, ale w
trakcie oglądania po prostu jakoś tak wychodzi i nie mam na to wpływu. Chyba
jestem zbyt podatna i wzruszam się w momentach, w których inni się śmieją.
Zdarza mi się też rozmyślać o bohaterach oglądanego serialu i myśleć co ja bym
zrobiła na ich miejscu. Muszę więc to powiedzieć: Tak, jestem serialoholiczką!
„Książką, którą ostatnio przeczytałem był Facebook.”
To zdanie z tytułu wpisu usłyszałam
w ten weekend w telewizji. Siedziałam z siostrą u babci i przerzucając kanały
telewizyjne niechcący natrafiłyśmy na jakiś program o młodzieży amerykańskiej.
Kilku nastolatków opowiadało o swoim życiu i jeden z nich stwierdził, że w
sumie Facebook to jedyna „książka,” którą w życiu przeczytał i do której codziennie
wraca. W tym momencie moja siostra stwierdziła: „To tak jak ja”. Popatrzyłam na
nią z przerażeniem, na co ona po prostu się roześmiała. Wytłumaczyła, że nie ma
czasu na czytanie czegoś poza lekturami szkolnymi czy też podręcznikami, więc
Facebook to taka forma „książki”, bo dzieje się tam więcej niż sobie można
wyobrazić. Może jest w tym trochę racji, ale ja chyba jestem przykładem osoby,
która bez czytania nie wyobraża sobie życia. Zawdzięczam to zapewne mamie,
która w dzieciństwie zawsze podsuwała mi jakieś ciekawe książki, które z pasją
czytałam wieczorami. Teraz też to robi, ale częściej to ja przynoszę jej jakieś
ciekawe pozycje. Ostatnio np. przeczytałam książkę Carli Montero „Wiedeńska gra”,
która wciągnęła mnie do tego stopnia, że zajęło mi to tylko jeden wieczór. Od
razu po przeczytaniu przekazałam książkę mamie, bo w mojej opinii to naprawdę
ciekawa i dobrze napisana pozycja. Poleciłam ją też oczywiście siostrze, z
resztą jak wiele innych książek w przeszłości, ale podobnie jak wcześniej
usłyszałam, że nie ma ona czasu na lekturę. Obserwując ją tego (i nie tylko)
dnia doszłam do wniosku, że w sumie coś w tym jest. Każdą wolną chwilę spędzała
przeglądając Facebooka, więc skąd miałaby znaleźć czas na czytanie książki. W
końcu Facebook jest o „wiele ciekawszą lekturą”.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






